czwartek, 18 sierpnia 2016

[7] Pan Minister

,,Wojna to ziejące otchłanie bezczynności przerywane krótkimi, 
zaskakującymi interludiami działań."


Nastroje panujące w pokoju wspólnym były napięte niczym struny. Dwie, niewielkie grupy najlepszych Ślizgonów stały z dwóch stron niewielkiego stolika, mierząc się wzrokiem. Przed każdą grupą stał fotel, na którym siedzieli ich przywódcy. Wpatrywali się w siebie z nieprzeniknionymi wyrazami twarzy. Czarnowłosa dziewczyna o złotych oczach i młody chłopak z idealnie zaczesanymi włosami i zadziornym uśmiechem. Spotkali się, aby zawrzeć pokój lub przynajmniej zawiesić broń. Po śmierci Marty i wyrzuceniu Hagrida z Hogwartu, żaden z uczniów nie miał wątpliwości, że za ostatnimi wydarzeniami stoi Tom Riddle lub Lucille Dark. Możliwe, że oboje maczali  w tym palce. Prawdę znali jednak jedynie oni sami i to jeszcze bardziej potęgowało strach przed nimi. Związek byłej dziewczyny chłopaka i Lestrange'a był tylko pretekstem do zawieszenia broni. Tak naprawdę oboje chcieli sprawdzić, które z nich przyzna wyższość drugiego i pozwoli wchłonąć się przeciwnej grupie. Gra między nimi trwała od początku ich małej wojny, ale dopiero teraz zdali sobie z tego sprawę.
Milczenie przeciągało się z minuty na minutę, a dłonie wszystkich coraz mocniej zaciskały się na różdżkach. Wszyscy podskoczyli, gdy Tom wygodniej rozparł się na fotelu i rozłożył ręce na oparciu. Wydawał się rozbawiony, ale to z gardła Lucille wydobył się zimny, pogardliwy śmiech. Tylko oni wydawali się rozluźnieni. Spojrzeli na twarze swoich najbliższych zwolenników i zaczęli rozmawiać ze sobą w języku węży. Niezrozumiałe syki, powolne ruchy Toma i wyzywający wyraz twarzy dziewczyny nie uspokajały zebranych. Pierwszy raz od dawna obie grupy poczuły między sobą nić porozumienia. Każdy bał się dwójki młodych ludzi, siedzących na fotelach naprzeciwko siebie. Każdy słyszał historię o tych, którzy się im sprzeciwili. W tej chwili wszyscy jak jeden mąż zastanawiali się, które z nich jest gorsze i co wydarzy się, jeśli obie grupy się zjednoczą. Wreszcie dziewczyna wstała, a wszyscy wstrzymali oddech. O ile twarz chłopaka, mimo lekko uniesionej brwi nic nie wyrażała, tak Lucille uśmiechała się zaczepnie i nachylając nad stolikiem, wyszeptała kilka słów. W odpowiedzi Tom zacisnął szczęki i posłał jej nienawistne spojrzenie. Ślizgoni stojący za dziewczyną wyjęli różdżki. Każdy wiedział, jak kończy osoba, którą Tom Riddle obdarza takim wzrokiem. Lucille jednak powoli się wyprostowała, mierząc wzrokiem chłopców stojących za Tomem i puściła im oko, po czym skierowała się do schodów prowadzących do jej pokoju. Wszyscy przyglądali się temu w osłupieniu. Gdy dziewczyna zniknęła za drzwiami, Tom również wstał i zwrócił się do wszystkich.
- Opuśćcie różdżki. Nie będziemy toczyć wojny między sobą, skoro wszyscy jesteśmy utalentowanymi czarodziejami czystej krwi. Gdy opuścimy Hogwart wiele rodów się połączy. - Przerwał i spojrzał na swoją byłą dziewczynę, stojącą niedaleko Lestrange'a. - Dlatego połączymy siły, bo razem możemy zdziałać o wiele więcej. Od tej pory żaden Gryfon i wróg Slytherinu nie będą się czuli bezpiecznie.
Gdy zakończył przemówienie, odwrócił się i skierował do dormitorium. Pozostali uczniowie wciąż stali, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Kilka dziewcząt uśmiechnęło się do przechodzącego chłopaka. W końcu Ślizgoni znów działają razem, a najlepsza partia jest wolna. On jednak nie zwrócił na nie uwagi. Jedyne, o czym myślał, były słowa, które powiedziała mu dziewczyna z burzą czarnych loków na głowie. Kazała mu udowodnić szczerość swoich intencji. Zapomniała chyba jednak, że dziedzic Salazara Slytherina nie musi niczego udowadniać. Pokaże jej za to, że zawsze dostaje tego, czego chce.

***

Wstała jeszcze przed świtem. Zwykle przed ważnymi zadaniami nie mogła spać i tak też było tym razem. Sama już nie wiedziała, czy jest to spowodowane wczorajszymi wydarzeniami, czy podekscytowaniem związanym z wizytą u Kingsleya. Ważne było, że nie zmrużyła oka tej nocy. Była trochę zmęczona, ale wstała z łóżka i zaczęła zbierać rzeczy, które mogą się jej przydać. Nie miała pojęcia, gdzie ją wyśle, a właściwie ich. Wiedziała, że nie przekona Ministra, żeby wysłał ją samą na misję, ale nie zaszkodzi spróbować. Lucivar Iwanow nie należał do osób, z którymi chciałaby wyruszyć gdziekolwiek. Ona nie chciała nawet przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Fakt, że oboje sobie nie ufają, na pewno nie ułatwi zadania.
Wyjęła kilka fiolek i delikatnie włożyła je na dno jedwabnej, haftowanej torebeczki, która mogła pomieścić o wiele więcej niż niejedna szafa. Nigdy nie wiadomo czy eliksir uzdrawiający się nie przyda. Podobnie jak trucizna. Cel podróży był jej nieznany, zawsze dowiadywała się o tym przed samym wyruszeniem. W liście jednak odnalazła delikatną sugestię, aby zabrała ciepłe ubrania. Dość nietypowa prośba jak na początek jesieni, ale kto może przewidzieć, co wymyślił ten ekscentryczny człowiek. Według Lucille Kingsley był już nieco zbyt stary, aby sprawować urząd ministra. Zbyt stary i zbyt zdziwaczały. Z drugiej strony Dumbledore był taki sam, chociaż miał silny charakter i nie dawał sobą manipulować. U Kingsleya nie była tego taka pewna. Czasem wydawało jej się, że marzy już o emeryturze, ale zdaje sobie sprawę z tego, że nie znajdzie godnego zastępstwa. Innym razem wydawał się człowiekiem tak przywiązanym do swojego urzędu i Ministerstwa, że prędzej zabije wszystkich rywali, niż przekaże władzę komuś innemu.
Mimo czasu, jaki upłynął od wojny, świat czarodziejów wciąż odczuwał jej skutki. Starzy śmierciożercy wciąż werbowali w swe szeregi nowe, młode osoby. Ideologia stworzona przez Voldemorta przetrwała mimo jego śmierci. Nie mieli przywódcy, ale wszyscy zgodnie uważali Lucille Dark za przyczynę upadku Czarnego Pana. Ich śmieszne próby zabicia jej, tylko ułatwiały złapanie ich i osadzenie w Azkabanie. Jednak nie wszystkich. Większość wciąż ukrywała się i polowała na rodziny, które według nich były zdrajcami krwi. Zwykle jednak aurorom udawało się dotrzeć na czas, bo napastnicy byli jedynie zagubionymi ludźmi, skuszonymi obietnicą władania innymi. Ostatnio jednak te ataki się nasiliły, a intuicja Lucille mówiła, że właśnie to jest przyczyną tajemniczej misji. Bez problemu sama by sobie z tym poradziła. Lucivar Iwanow był zbędny zarówno w Hogwarcie, jak i w biurze aurorów. Najlepiej by było, jakby wrócił do Rosji, do swojego grobowca, zamczyska, trumny czy gdziekolwiek przebywa w wolnym czasie. W tej chwili był dla niej niewygodnym elementem, chociaż w przyszłości może się jeszcze do czegoś przydać. Teraz ma jednak inne zmartwienia na głowie.
Wyszła z pokoju i cichutko zamknęła za sobą drzwi. Jeszcze raz dla pewności sprawdziła, czy spakowała wszystko i wyszła z zamku, kierując się w stronę Hogsmeade. Krótki spacer o świcie dobrze jej zrobi, a rześkie powietrze obudzi ją lepiej niż jakikolwiek prysznic. O tej porze miasteczko wyglądało na opuszczone. Delikatna mgła sunęła wzdłuż uliczek, wnikając w zaułki między budynkami. W końcu Lucille dotarła do miejsca, z którego mogła bezpiecznie się deportować.

~

Wielka fontanna w centrum głównego holu Ministerstwa wydawała się jeszcze większa niż zwykle. Lucille okrążyła ją i wyciągnęła rękę w stronę strumienia wody, wylatującego z różdżki czarodzieja pośrodku. U jego stóp leżało kilka knutów i dwa sykle. Jako czarownica widziała w swoim życiu naprawdę wiele i nie wierzyła, że pieniądze rzeczywiście trafiają do chorych ze Świętego Munga. Tym bardziej śmieszyli ją ludzie i urzędnicy uparcie powtarzający, że tak właśnie się dzieje. Sama bardzo dobrze wiedziała, ile dziennego zysku przynosi to miejsce. Gdy Czarny Pan doszedł do władzy, pieniądze trafiały właśnie do niej. Osoby wrzucające tam galeony i wierzące, że woda przyniesie im łaskę Lora Voldemorta były równie głupie co naiwne. Ostatecznie wojna przyniosła jej całkiem niezły dochód. W końcu ludzie wycierpieli tyle, że ktoś musiał się na tym wzbogacić. Takie są prawa wojny. Im więcej strat, tym większy zysk. Oczywiście o ile jest się po odpowiedniej stronie.
Ruszyła w stronę windy, posyłając ostatnie spojrzenie w stronę fontanny. Lucille pomyślała, że jedyne braterstwo, jakie łączy istoty w niej wyrzeźbione, to braterstwo w wyrzynaniu się. Jedni łączą się z drugimi, aby pokonać trzecich. Dlatego teraz skrzaty służą czarodziejom ze starych rodów, centaury kryją się w lasach, a gobliny zarabiają na wszystkich. Właściwie wojna niewiele się różni od pokoju. Zawsze ktoś umiera i ktoś się na tym bogaci. Tak było, jest i będzie.
- Lucille? Co tu robisz tak wcześnie?
Odwróciła się do tyłu, skąd dobiegał przyjazny głos. Nie spodziewała się, że ktoś odezwie się do niej i złamie niezapisany zakaz rozmowy z Lucdemortem, jak wiele osób ją nazywało. Nie żeby jakoś szczególnie jej to przeszkadzało. Przynajmniej miała spokój, w przeciwieństwie do Harry'ego, który kolejny raz pokazał, że zasady, nawet te niezapisane, nie dotyczą Wybrańca.
- Kingsley mnie wezwał, a tak poza tym przychodzę zobaczyć, jak radzicie sobie w Biurze Aurorów.
Uśmiech, lekko przymrużone oczy, kontakt wzrokowy. Trzy proste sztuczki, a każdy rozmówca myśli, że go lubisz. Harry'ego nawet darzyła go sympatią, ale zwykle ją irytował. Zdecydowanie wolała jego dzieci i żonę.
- Chyba domyślam się, dlaczego cię wezwał. Sam chciałem zgłosić się do tej misji, ale będę potrzebny tutaj. Powiedziałbym więcej o tym, ale to ściśle tajne, sama rozumiesz.
Kobieta wysiadła i nie skomentowała faktu, że mówił o tym w windzie pełnej wścibskich czarodziejów. Ściśle tajne. Czyli tak teraz nazywa się niekompetencję. Lekkomyślny, ale odważny, utalentowany chłopak, jakim był Harry, zginął wraz z Czarny Panem. Najpierw wzbraniał się, gdy Lucille zakazała mówić mu, że to ona zadała decydujący cios. Wkrótce jednak sława uderzyła mu do głowy, a historia o jego wielkim zwycięstwie z każdym kolejnym wywiadem robiła się coraz bardziej podkoloryzowana. Jedyni świadkowie uciekli, chcąc uniknąć Azkabanu lub otrzymali odpowiednie pozycje w Ministerstwie i siedzą cicho. Jedyną osobą, która mogła obalić jego słowa była sama Lucille. Jej nie zależało jednak na sławie czy sympatii postronnych osób, więc podtrzymywała jego wersję wydarzeń.
Cała ta sprawa jeszcze bardziej utwierdziła ją, że Kingsley idealnie nadaje się na swoje stanowisko. Przewidział, że w oczach ludzi Potter to niemal Bóg i dlatego musiał dostać posadę aurora, chociaż zapewne nie przeszedłby testów. Wielką szkodą byłoby, gdyby Wybraniec zginął na jednej z wypraw, dlatego też otrzymuje ściśle tajne misje polegające na robocie papierkowej. Każdy, kto zna go lepiej, wie, że wszystko zawdzięcza szczęściu lub odpowiednim znajomościom. Lepiej nie ryzykować bezpieczeństwa kraju, tylko dla jego zachcianek. Chyba jako jedyny w Biurze Aurorów nie rozumie sytuacji i wciąż prosi o zadania w terenie.
W każdym razie przez niego zrezygnowała z wizyty u kolegów i skierowała się prosto do gabinetu Ministra. Jej towarzysz czekał przed drzwiami, nonszalancko opierając się o ścianę z rękami w kieszeniach. Zaszczycił ją spojrzeniem, po czym znów przeniósł wzrok na ścianę naprzeciwko.
- Mieliśmy być o ósmej. Jeszcze dwadzieścia minut. Poczekaj.
Czekać? Na co? Kingsley ich wezwał i pewnie domyśla się, że będą szybciej. Gdy chodziło o poważne obowiązki, raczej się nie spóźniała. Przeklęta pijawka! Nie znosiła takich nadobowiązkowych ludzi, ale jeszcze mu pokaże, czym to się kończy. Przynajmniej będzie miała tanią siłę roboczą.
- Pieprz się, Krwiopijco - rzuciła i przeszła przez drzwi, nie kłopocząc się pukaniem.
Żwawo podeszła wprost do biurka i nawet nie poczuła, gdy Lucivar pojawił się za nią. Minister jedynie rzucił na nich okiem znad kartki i powrócił do pisania.
- Jeśli jesteście tu tak wcześnie, aby kolejny raz prosić o zmianę partnera, to będę zmuszony was wyprosić. - Ciszę uznał za odpowiedź przeczącą, więc kontynuował, oddając list sowie. - Jesteście jednymi z najlepszych aurorów, jakich mamy, mimo tego, że nie pełnicie pełnych obowiązków, przez inne zajęcia. Obawiam się, że teraz będzie musiało się to zmienić. Ukrywaliśmy wszystko, żeby nie wzbudzać paniki. Aurorzy coraz częściej giną na misjach. Ponadto dostajemy niepokojące wieści o napadach na młode czarownice. Najgorsze jednak jest to, czego nawet ja nie potrafiłbym zatuszować - powiedział, przysuwając w ich stronę gazetę.
Minister Magii we własnej osobie nie potrafił czegoś ukryć przed ludźmi i dziennikarzami Proroka? Lucille sceptycznie uniosła jedną brew do góry i spojrzała na artykuł. Nawet nie popatrzyła na nagłówek. Całą jej uwagę przykuło zdjęcie. Tego obrazu miała nadzieję już nigdy nie zobaczyć.
- Jesteś pewien, że to nie jakiś głupi żart? Dzieciaki często myślą, że igrając z czarną magią zaimponują starszym kolegom - spytał Iwanow.
Lucille słyszała wszystko jak przez mgłę, jednak z nadzieją spojrzała w górę, na twarz Kingsleya. Wiedziała, że to prawda.  To zaklęcie znali jedynie śmierciożercy. Mroczny znak jarzył się nad płonącym domem. Myślała, że tak doskonale znany jej widok zniknie wraz z Czarnym Panem.
- To nie żart. W tym domu zginął jeden z aurorów, próbując ratować żonę i synka. Nie chcę wszczynać paniki, a to, co teraz usłyszycie, musi zostać między nami. Szykuje się wojna, a nasi wrogowie czują się wyjątkowo pewnie, skoro zdecydowali się na taki krok. Obecnie rządzi nimi niejaki Greyling i jest zdecydowanie lepszy niż jego poprzednicy. Możliwe, że zależy mu na staniu się kolejnym Voldemortem, a może chce jedynie zemsty. Z naszych informacji wynika, że zebrał wokół siebie dość pokaźne siły. Każdy, kto źle wyszedł na poprzedniej wojnie, idzie za nim i dąży do wszczęcia kolejnej. Nie dopuszczę do tego. Nie pozwolę, aby kolejni czarodzieje ginęli. Greyling jest ich siłą, a zarazem słabym punktem. Bez niego śmierciożercy i wszyscy ich zwolennicy będą słabymi, łatwymi celami, które będzie można po kolei wyłapać. O ile wszyscy nawzajem się nie wybiją.
Lucille oderwała wzrok od zdjęcia, w które wciąż się wpatrywała. Spojrzała na mężczyzn obok niej. Przeżywali to w tak odmienny sposób. Kingsley przemawiał z zapalczywością, nawet nie kryjąc wściekłości w głosie. Człowiek prosty i emocjonalny. Mimo to był świetnym politykiem i gdyby nie on, Ministerstwo nie podniosłoby się po ostatniej wojnie. Z drugiej strony stał Lucivar. Jak zwykle wyglądał nienagannie w swoim czarnym garniturze. Jego twarz nie wyrażała emocji. Patrzył w przód i analizował słowa, które przed chwilą usłyszał. Chłodna, czysta kalkulacja. Lekkie zamyślenie. Wbrew sobie poczuła podziw.
- Skoro już wiecie, jak się sprawy mają, przejdźmy do powodu, dla którego was tu wezwałem. Podejrzewam, że Greyling będzie próbował przeciągnąć na swoją stronę dzikie olbrzymy. Najpewniej wyśle do nich swojego zaufanego człowieka. Musicie go przechwycić lub wydobyć wszelkie informacje. Nie będzie to łatwe, ponieważ umierają, gdy tylko czują się zagrożeni. Używają trucizny, ale wciąż nie wiemy, jak ją uruchamiają. Wybrałem was do tej misji, bo oboje macie pewne predyspozycje do wydobywania informacji - spojrzał na nich znacząco.
Predyspozycje? Lucille nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Kingsley dał jej właśnie zadanie, polegające na odnalezieniu człowieka i torturowaniu. Władza, jaką posiadała nad zaklęciem Cruciatus, pozwalała jej znęcać się nad nieszczęśnikiem kilka dni, dopóki nie oszaleje. Nożami też posługiwała się dość sprawnie. Kto wie, co potrafił Iwanow, skoro oboje mają te całe predyspozycje. Jego mina mówiła dokładnie to samo co jej.
- Słyszałem wiele historii o tym, do czego zdolna jest Lucille Dark i wierzę, że są prawdziwe. Wiesz też, co ja potrafię. Na brodę Merlina, Kingsley! Nikt nie zasługuje na takie tortury!
Szczególnie gdy wojny jeszcze nie ma i nie wiadomo czy będzie. Wszystko to są spekulacje, a wydając takie rozkazy, sprawiasz, że stajemy się tacy jak oni.
Lucivar powoli krążył po gabinecie, a słowa wylewały się z jego ust. Nie był jakoś szczególnie wzburzony, ale Lucille pierwszy raz widziała go w takim stanie. Przypominał jej trochę tygrysa zamkniętego w klatce. Nie krzyczał, nie miotał się. Jedynie powoli chodził w kółko i mówił, a wydawał się przy tym bardziej niebezpieczny niż kiedykolwiek. Przez moment zamarła na fotelu, ponieważ widok wydał się jej nadzwyczaj znajomy. Tom może i nie chodził w kółko, ale też sprawiał wrażenie niebezpiecznego przez samą postawę. Niechętnie oderwała od niego wzrok i powoli się podniosła.
- Niestety tym razem muszę się zgodzić z Lordem Krwiopijcą. Tej mocy używam jedynie, gdy czyjeś życie jest zagrożone i nie mam innego wyjścia. Od czasów wojny tego nie robiłam i nie zmieni się to przez czyjkolwiek rozkaz. Chyba się pan zapomina, panie Ministrze - powiedziała z cynicznym uśmiechem.
Tak długa władza zdecydowanie namieszała staruszkowi w głowie. Widząc jego minę, Lucille miała już pewność. Zepsucie i korupcja rządzące całą tą instytucją położyły już swoje łapska na biednym Kingsleyu, wzorze cnót. Trudno, dopóki jej to odpowiada, będzie dla niego pracować. On chyba powoli otrząsnął się z szoku wywołanego jej słowami i z powrotem usiadł za biurkiem.
- Na dolnej półce są plecaki z rzeczami specjalnie  dla was przygotowanymi. Kawałek ołówka to świstoklik, który zabierze was w jedno z niewielu miejsc, gdzie nie będzie wam zagrażać lawina. Dalej musicie iść. Kierujcie się na południowy zachód. Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie. Chcę informacji o Greylingu, a najlepiej jego głowy.
Ostatnie słowa zignorowali. Lucille wzięła mały, czarny plecak z półki i razem z Lucivarem złapała kawałek złamanego, lekko pogryzionego ołówka. Chwilę potem poczuła znajome szarpnięcie w okolicy pępka. W pewnym momencie wszystko ustało, a wirowanie zamieniło się w przeraźliwy chłód. Otworzyła oczy i wokół siebie ujrzała jedynie biel.